Dziecięcy plecak w rodzinnym przedpokoju uwalnia drobne fragmenty informacji, które tworzą nad nim monumentalną cyfrową sylwetkę człowieka.
Artykuł

Dzieciństwo wrzucone do sieci

Rodzice publikują pierwsze uśmiechy, urodziny, wakacje i szkolne sukcesy. W ten sposób dziecko może otrzymać cyfrową historię, zanim samo nauczy się korzystać z internetu. Sprawdzamy, jakie realne zagrożenia niesie sharenting - od utraty prywatności po wykorzystanie zdjęć przez generatywną AI.

Pierwsze zdjęcie może pojawić się w internecie, zanim dziecko przyjdzie na świat. Fotografia USG, narodziny, pierwsza kąpiel, pierwsze kroki, przedszkole, wakacje, świadectwo, trening piłkarski. Z perspektywy rodzica są to osobne chwile. Z perspektywy sieci mogą stopniowo tworzyć bardzo szczegółowy zapis życia człowieka, który nie podjął decyzji, że chce taki zapis posiadać.

To zjawisko ma swoją nazwę - sharenting. Termin powstał z połączenia angielskich słów „share”, czyli dzielić się, oraz „parenting” - rodzicielstwo. Obejmuje publikowanie przez rodziców i opiekunów zdjęć, nagrań oraz informacji dotyczących dzieci.

Najczęściej nie stoją za tym złe intencje. Rodzice chcą podzielić się radością, utrzymać kontakt z rodziną, zachować wspomnienie albo pochwalić się sukcesem dziecka. Problem zaczyna się w chwili, gdy rodzinne archiwum staje się publicznym lub półpublicznym profilem osoby, która sama nie może jeszcze zdecydować, co chce o sobie ujawnić.

Jedno zdjęcie mówi więcej, niż widzimy

Wizerunek jest najbardziej oczywistą informacją. Ale fotografia może ujawniać znacznie więcej.

Logo na szkolnej bluzie może wskazać szkołę. Numer na koszulce i nazwa klubu - miejsce treningów. Charakterystyczny budynek lub ulica - okolicę zamieszkania. Zdjęcia publikowane regularnie mogą dodatkowo zdradzać rytm dnia, miejsca rodzinnych wyjazdów, zainteresowania czy osoby, z którymi dziecko spędza czas.

Do tego dochodzą podpisy: imię, wiek, data urodzin, informacje o zdrowiu, problemach szkolnych albo rodzinnych wydarzeniach. Żadna z tych informacji nie musi być szczególnie niebezpieczna osobno. Ich znaczenie rośnie, gdy zaczyna się je łączyć.

Warto zapamiętać: cyfrowy ślad dziecka nie powstaje wyłącznie z jego własnej aktywności. Część tego śladu mogą stworzyć za nie dorośli.

Urząd Ochrony Danych Osobowych zwraca uwagę, że wizerunek dziecka wiąże się z jego prawem do prywatności i ochrony danych. W materiałach edukacyjnych UODO wymienia wśród możliwych konsekwencji niekontrolowanego rozpowszechniania takich treści między innymi naruszenie prywatności, manipulowanie wizerunkiem, cyberprzemoc oraz kradzież cyfrowej tożsamości.

Po publikacji zmienia się właściciel kontroli

Na własnym telefonie rodzic kontroluje fotografię. Po wysłaniu jej do serwisu społecznościowego sytuacja wygląda inaczej.

Inny użytkownik może zrobić zrzut ekranu, pobrać plik, przesłać go dalej albo opublikować w innym miejscu. Nawet usunięcie pierwotnego posta nie daje pewności, że wszystkie kopie również zniknęły.

Dlatego ustawienie konta jako prywatnego zmniejsza ekspozycję, ale nie tworzy absolutnej bariery. UNICEF podkreśla, że udostępnianie treści o dzieciach nigdy nie jest całkowicie pozbawione ryzyka. Znaczenie ma między innymi liczba odbiorców, ustawienia prywatności oraz zakres informacji pozwalających zidentyfikować dziecko albo ustalić, gdzie przebywa.

Możliwe jest również wykorzystanie zdjęcia do założenia fałszywego profilu, stworzenia prześmiewczego memu albo wykorzystania historii dziecka w oszustwie. UODO wskazywał między innymi na przypadki wykorzystywania dziecięcych wizerunków w fałszywych zbiórkach.

AI zmieniła skalę możliwych nadużyć

Jeszcze kilka lat temu realistyczne przerobienie fotografii wymagało sporych umiejętności. Rozwój generatywnej sztucznej inteligencji radykalnie obniżył tę barierę.

Zdjęcie prawdziwej osoby może stać się materiałem wejściowym do stworzenia obrazu przedstawiającego sytuację, która nigdy nie miała miejsca. Dotyczy to również dzieci.

Dyżurnet.pl, działający w NASK zespół przyjmujący zgłoszenia dotyczące nielegalnych treści w internecie, zwrócił w raporcie za 2025 rok uwagę na gwałtowny rozwój materiałów przedstawiających seksualne wykorzystywanie dzieci wytworzonych lub zmodyfikowanych przy użyciu AI. Eksperci opisują między innymi narzędzia pozwalające tworzyć zmanipulowane obrazy na podstawie fotografii prawdziwego dziecka.

To ważne rozróżnienie: nie oznacza to, że zwykłe rodzinne zdjęcie automatycznie zostanie w taki sposób wykorzystane. Nie znamy prawdopodobieństwa, że stanie się tak z konkretną fotografią. Techniczna możliwość nadużycia jest jednak dziś znacznie większa niż w początkach mediów społecznościowych.

Dla rodzica zabawne. Dla dziecka niekoniecznie

Jest też ryzyko mniej spektakularne, ale znacznie łatwiejsze do zaobserwowania: utrata kontroli nad własnym wizerunkiem.

Badanie NASK „Nastolatki 3.0”, opublikowane w 2023 roku, pokazało, że 45,5 procent badanych nastolatków deklarowało, iż rodzice lub opiekunowie zamieszczają ich zdjęcia w swoich mediach społecznościowych. 23,6 procent odczuwało w związku z tym zawstydzenie lub skrępowanie.

Badania jakościowe prowadzone wśród młodzieży pokazują podobny konflikt. Nastolatkowie nie muszą sprzeciwiać się każdej publikacji. Znaczenie ma jednak rodzaj materiału, sposób przedstawienia oraz możliwość wcześniejszego wyrażenia zgody.

To szczególnie ważne w okresie, gdy młody człowiek zaczyna samodzielnie budować własny wizerunek. Zdjęcie, które rodzic uważa za zabawne wspomnienie z dzieciństwa, może trafić do rówieśników kilka lat później i zostać odebrane zupełnie inaczej.

Nie należy jednak przesadzać w drugą stronę. Nauka nie daje podstaw do twierdzenia, że każda publikacja zdjęcia dziecka powoduje trwałe problemy psychiczne. Najnowsze przeglądy badań nad sharentingiem podkreślają wręcz, że bezpośrednich badań prowadzonych z dziećmi i nastolatkami nadal jest stosunkowo niewiele.

Znacznie mocniej ugruntowane są kwestie prywatności, autonomii, zgody, cyfrowej tożsamości i konfliktów dotyczących granic między rodzicem a dzieckiem.

Kto właściwie decyduje o tej historii?

Rodzic przez wiele lat podejmuje za dziecko tysiące decyzji. Internet wprowadził jednak coś nowego: możliwość podejmowania decyzji o publicznej tożsamości dziecka wobec potencjalnie nieograniczonego grona odbiorców.

Małe dziecko nie jest zdolne do świadomego ocenienia skutków takiej publikacji. Starsze może już mieć bardzo wyraźne zdanie. Dlatego eksperci UNICEF oraz NASK rekomendują włączanie dzieci w decyzje dotyczące publikowania ich wizerunku odpowiednio do wieku i możliwości zrozumienia sytuacji.

Nie chodzi o wprowadzenie zasady, że rodzinnego życia nigdy nie wolno pokazywać. Chodzi o zmianę pytania.

Zamiast: „Czy podoba mi się to zdjęcie?” warto zapytać również: „Czy moje dziecko chciałoby, aby zobaczyły je inne osoby?”, „Co można wyczytać z tła?”, „Czy ujawniam miejsce, szkołę albo prywatną sytuację?”, „Czy opublikowałbym podobne zdjęcie dorosłego członka rodziny bez pytania go o zgodę?”.

Najważniejsze pytanie przed publikacją nie brzmi: „Czy mogę to wrzucić?”. Brzmi: „Czy to naprawdę moja prywatność do rozdawania?”.

Sharenting zaczyna się zwykle od miłości, dumy i chęci zachowania wspomnienia. Właśnie dlatego jest tak trudnym problemem. Nie ma wyraźnej granicy między rodzinnym albumem a cyfrowym dossier.

Granica powstaje dopiero wtedy, gdy dorosły świadomie ją wyznaczy.

ŹRÓDŁA