Otwarta średniowieczna kronika na drewnianym pulpicie, z której zielony pigment przechodzi w trójwymiarowe pole z dwiema drobnymi sylwetkami, symbolizując granicę między zapisem a legendą.
Artykuł

Zielone dzieci z Woolpit

W XII-wiecznej Anglii miało pojawić się dwoje dzieci o zielonej skórze, mówiących nieznanym językiem. Historia brzmi jak baśń, ale została zapisana przez dwóch

Dwoje dzieci o zielonej skórze pojawia się podczas żniw w angielskiej wsi. Mówią językiem, którego nikt nie rozumie, noszą niezwykłe ubrania i odmawiają jedzenia - dopóki nie widzą bobu. Gdyby taka historia dotarła do nas wyłącznie z XIX-wiecznego zbioru baśni, łatwo byłoby ją odłożyć na półkę z folklorem. Problem polega na tym, że opowieść o zielonych dzieciach z Woolpit rzeczywiście znajduje się w dwóch średniowiecznych kronikach.

Nie oznacza to jednak, że wszystko, co opisują kronikarze, wydarzyło się dosłownie. Źródło historyczne potwierdza przede wszystkim to, że pewna opowieść była znana i została uznana za wartą zapisania. Między takim stwierdzeniem a udowodnieniem istnienia dzieci o autentycznie zielonej skórze pozostaje ogromna przestrzeń.

Dwie kroniki, jedna zagadka

Starszą z dwóch najważniejszych relacji pozostawił Wilhelm z Newburgh, augustiański kanonik i autor Historia rerum Anglicarum. Pisał pod koniec XII wieku. Umieścił wydarzenie za panowania króla Stefana, czyli między 1135 a 1154 rokiem.

Według Wilhelma podczas żniw w Woolpit z jam służących do chwytania wilków miało wyłonić się dwoje dzieci - chłopiec i dziewczynka. Ich ciała były zielone, ubrania wykonano z nieznanego materiału, a mowy nie potrafił zrozumieć nikt z obecnych.

Dzieci przez kilka dni nie chciały jeść oferowanego im jedzenia. Dopiero kiedy zobaczyły przyniesiony z pola bób, zainteresowały się nim gwałtownie. Początkowo szukały ziaren w łodygach, a gdy pokazano im strąki, zaczęły jeść. Z czasem miały zaakceptować również chleb i inne pokarmy.

Wilhelm twierdzi, że stopniowo zmienił się także kolor ich skóry. Dzieci nauczyły się miejscowego języka i zostały ochrzczone. Chłopiec wkrótce zmarł. Dziewczynka przeżyła, a według kronikarza później wyszła za mąż w okolicach Lynn.

Warto zapamiętać: średniowieczna kronika jest dowodem na istnienie przekazu o zielonych dzieciach, ale nie jest dowodem, że wszystkie szczegóły przekazu były dosłownie prawdziwe.

Druga wersja pochodzi z Chronicon Anglicanum Ralpha z Coggeshall. Ralph pisał później, w pierwszych dekadach XIII wieku, lecz znajdował się znacznie bliżej geograficznie miejsca wydarzeń. Co szczególnie ważne, twierdził, że informacje pochodziły od Richarda de Calne i jego otoczenia - ludzi, u których dziewczynka miała później przebywać.

Rdzeń historii pozostaje podobny: dwoje dzieci, zielony kolor skóry, niezrozumiały język, bób, śmierć chłopca oraz powrót normalnego koloru skóry u dziewczynki. Szczegóły zaczynają się jednak rozchodzić.

Kraina bez słońca

Najbardziej fantastyczna część opowieści pojawia się wtedy, gdy dzieci potrafią już porozumiewać się z mieszkańcami.

U Wilhelma mają mówić, że pochodzą z „Ziemi Świętego Marcina”, gdzie święty ten otaczany jest szczególną czcią. Ich kraj miał być chrześcijański i posiadać kościoły, lecz słońce nie wschodziło tam tak jak w Anglii. Światło przypominało raczej półmrok przed wschodem lub po zachodzie słońca. W oddali miała znajdować się jaśniejsza kraina oddzielona wielką rzeką.

Wilhelm opisuje także dźwięk przypominający bicie dzwonów. Dzieci miały usłyszeć go podczas pilnowania zwierząt należących do ojca, a potem w niewytłumaczalny sposób znaleźć się wśród angielskich żniwiarzy.

Ralph przedstawia to inaczej. Według jego wersji dzieci podążały za zwierzętami i weszły do jaskini. W ciemności usłyszały dzwony, szły za ich dźwiękiem, aż dotarły do wyjścia. Tam miały zostać oszołomione niezwykłą dla nich jasnością słońca i temperaturą powietrza. Dziewczynka twierdziła również, że w jej ojczyźnie ludzie i wszystko wokół miało zielony kolor.

To ważna różnica. Elementy, które w popularnych streszczeniach często składają się w jedną płynną historię, pochodzą w rzeczywistości z dwóch nieidentycznych przekazów.

Czy można to wyjaśnić naturalnie?

Jedna grupa interpretacji zakłada, że u podstaw opowieści mogło znajdować się prawdziwe spotkanie z zagubionymi dziećmi. Niezrozumiały język, nietypowe ubrania, silne przywiązanie do znanego pokarmu i późniejsza adaptacja pasują do scenariusza, w którym dzieci pochodziły z innej społeczności.

Próbowano również tłumaczyć zielonkawy wygląd niedożywieniem lub dawną „zieloną chorobą”, czyli chlorozą. Problem polega na tym, że takiej retrospektywnej diagnozy nie da się dziś zweryfikować, a źródła nie dostarczają danych medycznych pozwalających pewnie ustalić przyczynę opisywanego koloru skóry.

Szczególnie popularna stała się hipoteza, według której dzieci były potomkami flamandzkich osadników lub uchodźcami. Paul Harris połączył opowieść z Fornham St Martin oraz walkami z 1173 roku. Teoria elegancko tłumaczyłaby obcy język i nazwę „Ziemia Świętego Marcina”.

Ma jednak poważny problem: Wilhelm z Newburgh wyraźnie umieszcza wydarzenie za panowania Stefana, zakończonego w 1154 roku. Bitwa pod Fornham odbyła się dziewiętnaście lat później. Żeby przyjąć wersję z 1173 roku, trzeba więc uznać, że kronikarz pomylił chronologię.

Ciekawostka: niektóre z najbardziej znanych elementów współczesnej wersji legendy powstały przez łączenie szczegółów pochodzących od dwóch różnych średniowiecznych autorów.

Istnieje też druga droga interpretacji: potraktowanie historii przede wszystkim jako średniowiecznej opowieści o zetknięciu z „innym światem”. Jaskinia, półmrok, niezwykła kraina, przejście przez granicę między przestrzeniami i dziwna barwa mieszkańców dobrze pasują do motywów obecnych w średniowiecznych opowieściach o cudach i miejscach istniejących poza zwykłym porządkiem.

Nie musi to oznaczać świadomego oszustwa. Kronikarze nie pracowali według standardów współczesnego reportażu. Historie o znakach, cudownych wydarzeniach i niewytłumaczalnych zjawiskach mogły być dla nich wartościową częścią opisu świata.

Mit czy fakt?

Najbezpieczniejsza odpowiedź brzmi: fakt historyczny istnieje, ale jest nim przede wszystkim istnienie samego średniowiecznego przekazu. Mamy dwa teksty opisujące bardzo podobne zdarzenie. Nie mamy natomiast dokumentacji pozwalającej niezależnie potwierdzić wygląd dzieci, ich pochodzenie ani opowieść o krainie bez słońca.

Możliwe, że u podstaw legendy znajdowało się autentyczne pojawienie się zagubionych dzieci, których język i wygląd zaskoczyły mieszkańców. Możliwe również, że prawdziwe zdarzenie zostało z czasem obudowane motywami literackimi i religijnymi. Nie da się też wykluczyć, że większa część historii od początku funkcjonowała jako opowieść o cudownym wydarzeniu.

Nie ma natomiast potrzeby sięgać po przybyszy z kosmosu czy rzeczywistą podziemną cywilizację. Źródła nie dostarczają dowodów na takie interpretacje. Są one znacznie późniejszym sposobem czytania historii, która w średniowieczu funkcjonowała w zupełnie innym świecie pojęć.

I właśnie dlatego Woolpit pozostaje fascynujące. Zagadka nie polega na tym, by znaleźć najbardziej niezwykłe rozwiązanie. Polega na ustaleniu, gdzie kończy się możliwe wydarzenie historyczne, a zaczyna opowieść - i czy po niemal dziewięciu stuleciach można jeszcze tę granicę odnaleźć.

ŹRÓDŁA