Pusta sala policyjna z metalowym stołem, kajdankami i pałką służbową leżącą na granicy światła i cienia - redakcyjna metafora granicy między legalnym użyciem władzy a samosądem.
Artykuł

Samosąd na komisariacie

Mężczyzna skazany na 20 lat więzienia za zgwałcenie dziewięciomiesięcznej dziewczynki twierdzi, że po zatrzymaniu sam padł ofiarą przemocy seksualnej ze strony policjantów. Dwóch funkcjonariuszy usłyszało zarzuty. Sprawa wywołuje pytanie, które nie ma wygodnej odpowiedzi: czy wobec człowieka, który dopuścił się potwornej zbrodni, państwo może pozwolić swoim funkcjonariuszom na zemstę?

Najpierw była zbrodnia, która niemal automatycznie wywołuje gniew. Dziewięciomiesięczna dziewczynka została zgwałcona. Mężczyzna, który się tego dopuścił, został skazany na 20 lat więzienia. Teraz jednak ta sama historia ma drugi, znacznie mniej oczywisty rozdział.

Dwóch szczecińskich policjantów jest podejrzanych o przekroczenie uprawnień. Według medialnych ustaleń mężczyzna twierdzi, że kilka godzin po zatrzymaniu w sierpniu 2024 roku został na komisariacie pobity i poddany przemocy seksualnej przy użyciu pałki służbowej. Prokuratura potwierdza postępowanie wobec funkcjonariuszy, ale nie ujawnia wszystkich jego szczegółów.

I właśnie tutaj zaczyna się najtrudniejsze pytanie tej sprawy. Nie o to, czy gwałt na niemowlęciu zasługuje na potępienie - to nie budzi żadnych wątpliwości. Pytanie brzmi inaczej: czy człowiek skazany za taką zbrodnię przestaje być chroniony przed bezprawną przemocą państwa?

Co wiemy na pewno?

Pod koniec sierpnia 2024 roku w Szczecinie doszło do zgwałcenia dziewięciomiesięcznej dziewczynki. Dziecko trafiło do szpitala, a konkubent jego matki został zatrzymany. W grudniu 2025 roku Sąd Okręgowy w Szczecinie skazał go na 20 lat pozbawienia wolności. Orzeczono również zadośćuczynienie oraz zakazy dotyczące kontaktu z pokrzywdzoną i pracy z małoletnimi.

Osobne postępowanie dotyczy dwóch funkcjonariuszy szczecińskiej policji. Prokuratura Okręgowa w Szczecinie potwierdziła, że są podejrzanymi w sprawie obejmującej między innymi art. 231 Kodeksu karnego, czyli przekroczenie uprawnień przez funkcjonariusza publicznego.

Według informacji podawanych przez kilka redakcji śledztwo dotyczy również przestępstwa przeciwko wolności seksualnej. Media, powołując się na źródła znające sprawę, wskazują na art. 197 Kodeksu karnego. Prokuratura publicznie nie ujawniła jednak pełnej treści zarzutów ani materiału dowodowego.

Według medialnych ustaleń zawiadomienie miało zostać złożone przez skazanego pod koniec 2025 roku. Funkcjonariusze usłyszeli zarzuty w 2026 roku. Są zawieszeni w obowiązkach i pozostają pod dozorem. Ich obrona odrzuca oskarżenia i twierdzi, że policjanci zostali pomówieni.

Warto zapamiętać: skazanie mężczyzny za gwałt na dziecku jest odrębną, rozstrzygniętą sprawą. Odpowiedzialność dwóch policjantów dopiero jest badana. Postawienie zarzutów nie jest wyrokiem.

Dlaczego tak łatwo stanąć po stronie policjantów?

Nie trzeba długo szukać odpowiedzi. Punktem wyjścia jest przestępstwo popełnione na dziewięciomiesięcznym dziecku - osobie całkowicie bezbronnej. Informacja o takim czynie wywołuje w wielu ludziach nie tylko potępienie, ale zwyczajny gniew.

Dlatego reakcję: „należało mu się” można zrozumieć emocjonalnie, nawet jeśli nie sposób zrobić z niej zasady prawa. Dla części odbiorców ewentualny samosąd nie wygląda jak atak na przypadkowego zatrzymanego, lecz jak odpłata człowiekowi za krzywdę wyrządzoną niemowlęciu.

To istotne rozróżnienie. Zrozumienie źródła tej reakcji nie oznacza jeszcze jej prawnego ani moralnego usprawiedliwienia. Gniew po takiej zbrodni jest ludzki. Państwo i jego funkcjonariusze działają jednak według innych reguł niż wzburzony tłum.

Policjant może użyć siły. Ale nie jako kary

Polskie prawo daje policjantom szerokie możliwości stosowania środków przymusu. Mogą użyć siły fizycznej, kajdanek czy pałki służbowej między innymi podczas zatrzymania, odpierania ataku, pokonywania czynnego oporu czy zapobiegania ucieczce.

Nie jest to jednak prawo do dowolnej przemocy.

Ustawa wymaga, aby środek przymusu był potrzebny do osiągnięcia konkretnego, przewidzianego prawem celu, proporcjonalny do zagrożenia i możliwie najmniej dolegliwy. Gdy cel zostaje osiągnięty, przymus ma się zakończyć.

To oznacza zasadniczą różnicę między obezwładnieniem agresywnego zatrzymanego a zadawaniem mu cierpienia po to, by go ukarać. Policjant ma prawo zastosować przemoc konieczną do wykonania obowiązków. Nie ma prawa wymierzać dodatkowej kary za przestępstwo, którego dopuścił się zatrzymany.

Konstytucja mówi jeszcze wyraźniej: organy władzy publicznej działają na podstawie i w granicach prawa, a nikt nie może być poddawany torturom ani okrutnemu, nieludzkiemu lub poniżającemu traktowaniu i karaniu. Podobną bezwzględną ochronę zawiera art. 3 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka.

Dlaczego chronić kogoś, kto zrobił coś takiego?

To prawdopodobnie najtrudniejszy element całej sprawy. Ochrona przed torturami, gwałtem czy samosądem nie jest nagrodą za dobre zachowanie. Nie zależy od tego, czy człowiek budzi współczucie, sympatię albo odrazę.

Właśnie dlatego granice władzy państwa najlepiej widać nie wtedy, gdy policja ma do czynienia z niewinnym przechodniem, lecz wtedy, gdy zatrzymuje człowieka podejrzanego o czyn budzący powszechne obrzydzenie.

Jeżeli funkcjonariusz może sam zdecydować, że konkretny zatrzymany „zasłużył” na dodatkową przemoc, przestaje wykonywać prawo, a zaczyna samodzielnie wymierzać karę. Następnym pytaniem staje się już tylko to, kto i według jakich kryteriów miałby decydować, komu taka kara się należy.

To nie oznacza konieczności współczucia sprawcy gwałtu na dziecku. Można uważać wymierzoną mu karę za całkowicie zasłużoną i jednocześnie oczekiwać, że będzie ją wymierzał sąd, a nie policjant w pomieszczeniu komisariatu.

Ale najpierw trzeba ustalić, czy w ogóle do tego doszło

Tu pojawia się druga granica, równie ważna jak zakaz samosądu.

Dwaj funkcjonariusze są podejrzani. Nie zostali prawomocnie skazani. Opisy najbardziej drastycznych szczegółów zdarzenia pochodzą obecnie przede wszystkim z relacji medialnych opartych na źródłach znających postępowanie i na twierdzeniach skazanego mężczyzny.

Według doniesień prokuratura zabiegała o zastosowanie wobec policjantów tymczasowego aresztowania, ale sąd nie pozostawił ich w areszcie. Obrona kwestionuje wiarygodność oskarżeń. To znaczy, że przed śledczymi pozostaje podstawowe zadanie: ustalić, co rzeczywiście wydarzyło się po zatrzymaniu w sierpniu 2024 roku.

Nie można więc uczciwie napisać, że policjanci „zgwałcili gwałciciela”. Można napisać, że są podejrzani, a takie zachowanie jest im zarzucane. Różnica jednego zdania jest tutaj różnicą między informacją a wydaniem własnego wyroku.

Jeżeli zarzuty wobec funkcjonariuszy się potwierdzą, nie będzie to prawnie „dodatkowa kara” dla skazanego. Będzie to osobny czyn, za który odpowiedzialność poniosą jego sprawcy. Jeżeli zarzuty się nie potwierdzą, policjanci również mają prawo do oczyszczenia z podejrzeń.

Sprawiedliwość czy samosąd?

Ta historia jest niewygodna właśnie dlatego, że pozwala jednocześnie odczuwać dwie rzeczy.

Można czuć ogromny gniew wobec człowieka, który skrzywdził dziewięciomiesięczne dziecko. Można rozumieć ludzi, którzy na wieść o domniemanej zemście policjantów nie odczuwają wobec niego współczucia.

A jednocześnie można uznać, że policja nie może otrzymać prawa do wymierzania kar poza sądem.

Bo jeśli zarzucane funkcjonariuszom zachowanie rzeczywiście miało miejsce, zasadnicze pytanie nie brzmi: czy ten człowiek zasługiwał na cierpienie?

Brzmi: czy chcemy państwa, w którym funkcjonariusz może sam zdecydować, kiedy kończy się zatrzymanie, a zaczyna zemsta?

Na pierwsze pytanie każdy może odpowiedzieć emocjonalnie. Na drugie musi odpowiedzieć prawo.

ŹRÓDŁA