Historyczna rekonstrukcja rynku Strasburga z 1518 roku, na którym grupa ludzi tańczy, podczas gdy kamienna nawierzchnia surrealistycznie faluje pod ich stopami.
Artykuł

Epidemia tańca 1518

Latem 1518 roku mieszkańcy Strasburga zaczęli tańczyć w sposób, którego - według kronikarzy - nie potrafili kontrolować. Władze wynajęły muzyków, przygotowały miejsca do tańca, a później zwróciły się ku św. Witowi. Samo wydarzenie jest dobrze poświadczone. Znacznie mniej pewne są jego przyczyny oraz opowieści o masowej liczbie zgonów.

Latem 1518 roku Strasburg stanął przed kryzysem, który nawet pięć stuleci później brzmi jak legenda. Ludzie wychodzili na ulice i tańczyli przez wiele godzin, a według części kronik nie byli w stanie samodzielnie przerwać ruchu. Zamiast ucichnąć, zjawisko zaczęło obejmować kolejnych mieszkańców.

Nie był to jednak późniejszy internetowy mit. O wydarzeniu pisały kroniki, wspominały dokumenty miejskie, a władze rzeczywiście podejmowały działania mające powstrzymać niezwykłą przypadłość. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy próbujemy odpowiedzieć na dwa pytania: co właściwie wywołało choreomanię i czy ludzie naprawdę masowo tańczyli aż do śmierci?

Jedna kobieta wychodzi na ulicę

Wydarzenia rozpoczęły się w połowie lipca 1518 roku. Źródła nie są zgodne nawet co do dokładnego dnia. Jedna tradycja kronikarska wskazuje 14 lipca, inna 22 lipca.

Początkiem miała być samotna kobieta, w części przekazów określana jako Frau Troffea. Wyszła na jedną z ulic Strasburga i zaczęła tańczyć. Nie towarzyszyła jej zabawa ani święto. Według opisów ruch miał być przymusowy i trwać przez wiele godzin, a potem powtarzać się przez kolejne dni.

Wkrótce pojawili się następni. Jeden z przekazów mówi o 34 osobach w ciągu kilku dni, a późniejsze kroniki podają, że do końca sierpnia podobne zachowanie mogło dotknąć nawet około 400 mieszkańców.

Te liczby należy traktować ostrożnie. Źródła z XVI i XVII wieku nie są współczesnym rejestrem epidemiologicznym. Pokazują jednak, że władze miasta uznały problem za wystarczająco poważny, by podjąć konkretne działania.

Warto zapamiętać: realność kryzysu z 1518 roku jest znacznie lepiej udokumentowana niż jego dokładna skala, przyczyna i liczba ofiar.

Lekarstwo: więcej tańca

Strasburg znajdował się wówczas w granicach Świętego Cesarstwa Rzymskiego. Był ważnym miastem handlowym, ale poprzednie lata nie należały do spokojnych. Region doświadczał nieurodzaju, wysokich cen żywności, chorób oraz silnych napięć społecznych.

Kiedy taniec zaczął obejmować kolejnych mieszkańców, miejscowi lekarze mieli wykluczyć bezpośrednią przyczynę astrologiczną i religijną, uznając przypadłość za chorobę naturalną związaną z przegrzaniem organizmu - w języku ówczesnej medycyny z nadmiarem „gorącej krwi”.

Recepta była niezwykła. Chorym należało pozwolić tańczyć tak długo, aż przypadłość sama się wypali.

Władze udostępniły przestrzenie należące do cechów i rynek zbożowy. Według opracowań powstała również drewniana platforma, a miasto opłacało muzyków i zawodowych tancerzy, którzy mieli podtrzymywać chorych w ruchu.

Ciekawostka: zamiast izolować tańczących, władze Strasburga przez pewien czas zwiększały widoczność zjawiska, organizując dla niego przestrzeń i muzyczną oprawę.

Jeżeli współczesna interpretacja psychogenna jest choć częściowo poprawna, mogło to przynieść efekt odwrotny od zamierzonego. Publiczne oglądanie kolejnych ludzi zachowujących się w podobny sposób mogło wzmacniać oczekiwanie, że następna osoba również zostanie dotknięta tajemniczą przypadłością.

Od lekarza do świętego

Strategia władz została później zmieniona. W kulturze regionu istniało już silne skojarzenie św. Wita z niekontrolowanym tańcem. Święty mógł być postrzegany zarówno jako źródło kary, jak i patron zdolny uwolnić człowieka od przypadłości.

Część tańczących skierowano więc do sanktuarium św. Wita w pobliżu Saverne. Źródła opisują religijne rytuały, modlitwy i specjalnie przygotowane czerwone obuwie oznaczone symbolami religijnymi. W kolejnych tygodniach epidemia wygasła.

Nie oznacza to oczywiście, że religijny rytuał ujawnił przyczynę zjawiska. Pokazuje natomiast coś bardzo ważnego: ludzie z 1518 roku interpretowali własne doświadczenia przez system wierzeń, który dla współczesnego obserwatora może być trudny do odtworzenia.

Sporysz, trucizna i problem z prostą odpowiedzią

Jednym z najpopularniejszych współczesnych wyjaśnień epidemii tańca jest zatrucie sporyszem - grzybem rozwijającym się między innymi na życie. Zawarte w nim alkaloidy mogą powodować silne objawy neurologiczne, drgawki, zaburzenia świadomości i halucynacje.

Hipoteza jest kusząca, ponieważ łączy dziwne zachowanie z realną substancją psychoaktywną. Ma jednak poważny problem. Ciężkie zatrucie sporyszem nie pasuje dobrze do wielogodzinnego lub wielodniowego wykonywania powtarzalnych i względnie skoordynowanych ruchów. Właśnie dlatego część historyków medycyny uważa tę teorię za mało przekonującą w przypadku Strasburga.

Znacznie większy wpływ uzyskała interpretacja psychogenna. Historyk medycyny John Waller wskazywał na połączenie długotrwałego stresu, głodu, chorób, napięć społecznych oraz kulturowego przekonania, że św. Wit może zmusić człowieka do tańca.

W takim ujęciu nie chodzi o udawanie. Silne objawy mogą być rzeczywiście przeżywane przez człowieka i rozprzestrzeniać się w grupie poprzez oczekiwania, obserwację innych oraz wspólny kontekst kulturowy.

Nie jest to jednak diagnoza, którą można dziś potwierdzić badaniem uczestników wydarzeń sprzed pięciu stuleci. To rekonstrukcja historyczna - wpływowa i dobrze uzasadniona, ale nadal rekonstrukcja.

Czy naprawdę tańczyli na śmierć?

W tym miejscu historia robi się szczególnie interesująca.

Współczesne artykuły często powtarzają, że w najgorszym momencie każdego dnia miało umierać nawet kilkanaście osób. Waller również przywoływał kroniki mówiące o śmierci z wyczerpania. Problem polega na tym, że dokładnego bilansu nie potwierdzają zachowane dokumenty miejskie w sposób pozwalający bezpiecznie traktować popularne liczby jako ustalony fakt.

Nie oznacza to, że nikt nie zmarł. Wielodniowy wysiłek, odwodnienie, upał i niedożywienie mogły stanowić śmiertelne zagrożenie. Oznacza jedynie, że liczby rozpowszechniane dzisiaj są znacznie mniej pewne niż samo istnienie epidemii tańca.

Warto zapamiętać: „epidemia tańca” jest historyczną nazwą zjawiska. Nie ma dowodów, że w Strasburgu rozprzestrzeniał się zakaźny patogen powodujący taniec.

Prawdziwa historia bez pewnego zakończenia

Najbardziej niezwykłe w wydarzeniach z 1518 roku nie jest to, że znamy ich rozwiązanie. Właśnie przeciwnie.

Wiemy, że w Strasburgu wydarzyło się coś na tyle realnego, iż zareagowali lekarze, rada miejska i duchowieństwo. Wiemy, że ludzie byli opisywani jako tańczący w sposób przymusowy. Wiemy również, że władze najpierw próbowały wykorzystać sam taniec jako terapię, a później zwróciły się ku religijnemu rytuałowi.

Nie wiemy natomiast z pewnością, jaki mechanizm uruchomił całe zjawisko. Nie potrafimy dokładnie ustalić liczby uczestników ani wiarygodnego bilansu ofiar.

I właśnie dlatego choreomania z 1518 roku jest ciekawsza od legendy. Nie potrzebuje dopisywania nadprzyrodzonego wyjaśnienia. Dokumenty wystarczają, by historia pozostała niepokojąca.

ŹRÓDŁA