Zielona wyspa Pitcairn pośrodku bezkresnego Pacyfiku rzuca na wodę niemożliwy cień przypominający uszkodzony żaglowiec „Bounty”.
Artykuł

Pitcairn - raj na końcu świata?

Maleńka wyspa na południowym Pacyfiku stała się schronieniem buntowników z „Bounty” i kolebką jednej z najbardziej niezwykłych społeczności świata. Dziś Pitcairn kusi wizją życia daleko od cywilizacji, ale jej historia pokazuje, że izolacja ma również znacznie ciemniejszą stronę.

Na pierwszy rzut oka Pitcairn wygląda jak miejsce stworzone dla tych, którzy chcieliby zniknąć z mapy. Zielona, wulkaniczna wyspa wyrasta samotnie z południowego Pacyfiku. Nie ma lotniska, wielkiego portu, hoteli ciągnących się wzdłuż plaży ani miasta w zwykłym znaczeniu tego słowa. Jest Adamstown, kilkudziesięciu mieszkańców i ocean, który przez ponad dwa stulecia był jednocześnie ochroną, drogą i barierą.

A do tego historia niemal idealna dla legendy. To tutaj uciekli buntownicy z „Bounty”. To tutaj ich potomkowie stworzyli społeczność istniejącą do dziś. Łatwo więc zbudować obraz ostatniego raju z dala od cywilizacji.

Tyle że dzieje Pitcairn od samego początku były znacznie mniej romantyczne.

Wyspa dla ludzi, którzy nie chcieli zostać znalezieni

Bunt na brytyjskim okręcie HMAV „Bounty” wybuchł 28 kwietnia 1789 roku. Fletcher Christian i część załogi przejęli statek, a dowódcę Williama Bligha wraz z lojalnymi marynarzami umieścili w niewielkiej szalupie.

Christian wiedział, że powrót do świata kontrolowanego przez Royal Navy oznaczałby dla buntowników niemal pewny proces. Potrzebowali więc miejsca, w którym brytyjskie okręty nie będą ich szukać - albo po prostu nie zdołają ich znaleźć.

15 stycznia 1790 roku „Bounty” dotarł do Pitcairn. Wyspa była naniesiona na ówczesne mapy niedokładnie, co czyniło ją znakomitą kryjówką. Przybyli tam Christian, ośmiu innych buntowników oraz grupa Tahitańczyków i Tahitanek.

Warto przy tym pamiętać o często pomijanym szczególe: historia dzisiejszych mieszkańców Pitcairn nie jest wyłącznie historią europejskich buntowników. Jest również historią ich polinezyjskich towarzyszy i towarzyszek. Na samej wyspie znaleziono ponadto ślady jeszcze wcześniejszego osadnictwa polinezyjskiego, więc buntownicy nie byli pierwszymi ludźmi, którzy kiedykolwiek postawili tam stopę.

Po rozładowaniu statku „Bounty” został spalony w zatoce, nazwanej później Bounty Bay. Miało to utrudnić wykrycie uciekinierów.

Warto zapamiętać: Pitcairn nie zostało wybrane dlatego, że było rajem. Najważniejszą zaletą wyspy dla buntowników było to, że niemal nikt nie wiedział dokładnie, gdzie jej szukać.

Raj, który szybko zamienił się w konflikt

Romantyczny obraz grupy ludzi rozpoczynających nowe życie na bezludnej wyspie rozpada się niemal natychmiast po przyjrzeniu się pierwszym latom osady.

Relacje między europejskimi buntownikami a Tahitańczykami były głęboko nierówne. Oficjalna historia Pitcairn opisuje Tahitańskich mężczyzn jako traktowanych bardziej jak niewolników niż równych członków społeczności. Napięcia przerodziły się w otwartą przemoc.

Dochodziło do zabójstw, odwetu i kolejnych konfliktów. W następnych latach alkohol dodatkowo destabilizował maleńką społeczność. Do 1800 roku spośród buntowników przy życiu pozostał tylko John Adams.

A jednak osada przetrwała. Dzieci dorastały, rodziły się kolejne pokolenia, a Pitcairn stopniowo przestawało być kryjówką zbiegów i stawało się niezwykłą społecznością wyspiarską.

Gdy w XIX wieku miejsce zaczęły regularniej odwiedzać statki, świat odkrył potomków buntowników. Narodziła się legenda o prostym, pobożnym i niemal odciętym od nowoczesności społeczeństwie. Była na tyle atrakcyjna, że z czasem zaczęła przysłaniać bardziej skomplikowaną rzeczywistość.

Jak wygląda życie na końcu świata?

Pitcairn pozostaje jednym z najbardziej odizolowanych stale zamieszkanych miejsc na świecie. Stała populacja oscyluje obecnie wokół czterdziestu osób, choć wraz z zatrudnianymi z zagranicy specjalistami liczba ludzi przebywających na wyspie bywa bliższa pięćdziesięciu.

Nie ma tam lotniska. Nie ma też klasycznego portu, do którego statek mógłby po prostu przybić. Zaopatrzenie i pasażerowie docierają drogą morską, a ostatni odcinek podróży może wymagać przesiadki do miejscowej łodzi.

To, co dla turysty może brzmieć jak przygoda, dla mieszkańca jest codzienną zależnością od oceanu i pogody.

Jeszcze wyraźniej widać to w przypadku zdrowia. Na Pitcairn działa niewielka placówka medyczna, ale poważniejsze przypadki wymagają ewakuacji. Brytyjskie zalecenia dla podróżnych podkreślają, że najbliższe odpowiednio wyposażone szpitale znajdują się co najmniej około dwóch dni drogi morskiej, a tempo transportu zależy od dostępności statku.

Tak wygląda cena życia „z dala od cywilizacji”. Cisza i brak korków są prawdziwe. Tak samo prawdziwe są ograniczenia dostaw, transportu i usług, które w dużym mieście traktujemy jako oczywistość.

Pitcairn pozostaje również finansowo zależne od Wielkiej Brytanii. Zewnętrzne wsparcie pomaga utrzymywać administrację, opiekę zdrowotną i przede wszystkim morską linię zaopatrzeniową. Władze próbują jednocześnie przeciwdziałać problemom demograficznym i dopuszczają osiedlanie nowych mieszkańców, zwłaszcza osób posiadających przydatne dla społeczności umiejętności.

Proces, który rozbił legendę

Najciemniejszy współczesny rozdział historii Pitcairn stał się publicznie znany na początku XXI wieku.

Śledztwo dotyczące przestępstw seksualnych doprowadziło w 2004 roku do procesu siedmiu mężczyzn. Sześciu zostało uznanych za winnych szeregu przestępstw, w tym gwałtów, napaści seksualnych i czynów wobec osób małoletnich. Wśród skazanych znajdował się ówczesny burmistrz wyspy.

Sprawa była szokująca nie tylko ze względu na same przestępstwa. Przy populacji liczącej wówczas mniej niż pięćdziesiąt osób oskarżenia dotyczyły znacznej części dorosłych mężczyzn społeczności. Proces ujawnił również, jak skomplikowane może być egzekwowanie prawa w miejscu, gdzie sprawca, świadek, krewny, urzędnik i człowiek odpowiedzialny za funkcjonowanie kluczowej infrastruktury mogą należeć do tej samej garstki mieszkańców.

W czasie postępowania pojawił się nawet praktyczny problem: co stanie się z funkcjonowaniem wyspy, jeżeli część zdolnych do pracy mężczyzn trafi do więzienia?

Ostatecznie apelacje kwestionujące między innymi brytyjską jurysdykcję nad Pitcairn nie doprowadziły do unieważnienia wyroków.

Ciekawostka: specjalnie dla potrzeb sprawy na Pitcairn uruchomiono wymiar sprawiedliwości zdolny przeprowadzić jeden z najbardziej niezwykłych procesów w historii brytyjskich terytoriów zamorskich.

Nie oznacza to oczywiście, że współczesnych mieszkańców należy definiować przez przestępstwa popełnione przed laty przez konkretne osoby. Byłoby to równie niesprawiedliwe jak przedstawianie całej wyspy wyłącznie jako idyllicznej kolonii potomków „Bounty”.

Właśnie zderzenie tych dwóch uproszczeń jest najciekawsze.

Czy Pitcairn jest rajem?

Jeżeli rajem nazwiemy zieloną wyspę otoczoną czystym oceanem, niemal całkowity brak masowej turystyki, nocne niebo bez łuny metropolii i życie w miejscu, gdzie wszystkich zna się z imienia - Pitcairn może wyglądać niezwykle kusząco.

Jeżeli jednak raj ma oznaczać miejsce wolne od problemów świata zewnętrznego, historia wyspy daje dokładnie przeciwną odpowiedź.

Izolacja nie usuwa konfliktów, nierówności, przemocy ani nadużywania władzy. Może natomiast sprawić, że konsekwencje każdego kryzysu staną się bardziej odczuwalne. W społeczności liczącej dziesiątki, a nie tysiące osób nie istnieje łatwe „odejście gdzie indziej”. Nie ma anonimowości wielkiego miasta. Nie ma też wielu równoległych instytucji, do których można się zwrócić.

Z drugiej strony Pitcairn przetrwało ponad dwa stulecia mimo izolacji, gwałtownego początku, migracji i problemów demograficznych. Mieszkańcy korzystają dziś z internetu, utrzymują kontakt ze światem i próbują znaleźć nowych ludzi gotowych związać przyszłość z wyspą.

Być może więc największą tajemnicą Pitcairn jest nie to, czy jest rajem, lecz dlaczego tak bardzo chcemy widzieć w odległych wyspach miejsca wolne od naszych własnych problemów. Buntownicy z „Bounty” zdołali uciec przed Royal Navy. Ich historia pokazuje jednak, że przed ludzką naturą nie odpływa się nawet na koniec świata.

ŹRÓDŁA